Międzynarodowe Rezydencje Twórcze 2026

Międzynarodowe Rezydencje objął w tym roku patronatem Jacek Brzozowski Wojewoda Podlaski. Również Gmina Narewka sprawuje patronat nad rezydencjami, wspierając nas logistycznie i organizacyjnie.

Partnerami programu rezydencyjnego są Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury oraz Unia Literacka, od początku współpracuje z nami również Galeria im. Tamary Sołoniewicz (Galeria Narewka) i Centrum Humanistyki Środowiskowej UW.

Za bezpłatne udostępnienie noclegów dziękujemy Uroczysko Hruszki – dom w Puszczy Białowieskiej. Szczególne podziękowania niech przyjmą Grażyna Chyra, Przemo Namiecino, Katarzyna Bielawska – jak widac z relacji – w sposób niesamowity potraficie zarażać swoją pasją, Puszczą i Podlasiem! Justyna Czechowska, Paweł Piszczatowski – kochani jesteście, że i w tym roku przyjechaliście do Puszczy, żeby poprowadzić pożegnalne spotkanie z Rezydentami i Rezydentami!

Zapraszamy również do zapoznania się z relacją ze spotkania z uczestnikami Międzynarodowych Rezydencji Twórczych, które odbyło się 26 marca 2025 r. w Galerii im. Tamary Sołoniewicz w Narewce.

Fotografie wielkoformatowe: Przemo Namiecino

 


Andrii Bondarenko

 

 

Andrii Bondarenko to dramaturg, doktor filozofii, kulturoznawca, wykładowca oraz kierownik literacki Teatru im. Łesia Kurbasa we Lwowie. Jest również autorem licznych sztuk wystawianych w teatrach Lwowa, Kijowa i Zaporoża, współzałożycielem Teatru Dramaturgów oraz uczestnikiem międzynarodowego projektu Worldwide Ukrainian Play Readings. Projekt ten powstał na początku pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku i stanowi międzynarodową inicjatywę teatralną, której głównym celem jest prezentowanie i promowanie współczesnej ukraińskiej dramaturgii na całym świecie poprzez organizowanie czytań i performatywnych prezentacji tekstów ukraińskich dramatopisarzy w teatrach i przestrzeniach artystycznych w różnych krajach (https://www.citd.us/worldwide-ukrainian-play-reading).

W swojej twórczości Bondarenko często podejmuje temat doświadczenia wojny w Ukrainie, łącząc realizm z elementami mistycyzmu i realizmu magicznego. Jego dramat „Radio Śmierć / Радіо Смерть” został opublikowany w 2025 roku w polskim miesięczniku Dialog (nr 2/2025).

W ramach rezydencji Andrii Bondarenko pracował nad nową sztuką poświęconą historii chasydów na Polesiu w XIX i XX wieku. Projekt koncentruje się na relacjach między społecznościami żydowską, ukraińską i polską oraz na mistycznym wymiarze chasydzkiego światopoglądu. Temat ten ma dla autora wymiar osobisty – choć mieszka we Lwowie, jego rodzina pochodzi z Polesia. Jego dziadkowie mieszkali we wsi Welidnyki koło Owrucza, ważnym ośrodku kultury chasydzkiej, gdzie żył i zmarł rabbi Izrael Dow Ber, wybitny chasydzki cadyk działający w Ukrainie w XIX wieku. Zachowany do dziś grób rabina pozostaje miejscem pielgrzymek. Wspomnienia z dzieciństwa i doświadczenie wielokulturowego Polesia stanowią dla artysty ważne źródło inspiracji twórczej.

Spędzenie dwóch tygodni w przytulnym domu na skraju Białowieskiej Puszczy od samego początku wydawało się doskonałym pomysłem. A kiedy rezydencja się skończyła i nadszedł czas powrotu do domu, okazało się, że to doświadczenie przerosło moje oczekiwania.

Rezydencja w Gruszkach przyniosła mnóstwo nowych wrażeń i doświadczeń, a jednocześnie zapewniła idealną przestrzeń do skupionej pracy nad tekstami. Zadziwiająco łatwo udawało się tu łączyć pracę z długimi spacerami. I powiem szczerze — czasem trudno było wyznaczyć tę granicę, bo spacery po majestatycznym, starym lesie bardzo sprzyjają refleksji i pobudzają do ciekawych myśli oraz pomysłów. A praca przy komputerze, przy oknie, za którym od razu widać ciemną ścianę lasu, szeroki pas nieba i plamy drzew, bliższe i dalsze, a w tle słychać śpiew małych i krzyki dużych ptaków — jest nieporównywalna z rutynową pracą w mieście.

Podczas pobytu w Puszczy pracowałem nad nową sztuką o poleskich chasydach XIX wieku. I właśnie w dziewiczej naturze Puszczy znalazłem piękny i majestatyczny odpowiednik tamtego Polesia sprzed ponad stu lat. Spacerując w okolicy Gruszek, łatwo było przenieść się w wyobraźni do dawnego, utraconego świata – świata, w którym obok Ukraińców i Polaków żyli Żydzi, rzemieślnicy i mistycy.

Nieustające śpiewy leśnych ptaków, a właściwie całe ptasie orkiestry z licznymi partiami wokalnymi, ożywiły dla mnie ukryte litery z Księgi Natury, o której opowiadali bohaterowie mojej sztuki – chasydzcy mistycy. Dzięki pobytowi w sercu Puszczy udało mi się w końcu pojąć tę sakralną Księgę nie tylko w sposób racjonalny, lecz także sercem. Historia o chasydach układała się sama, a wszystkie elementy zaczęły magicznie do siebie pasować.

Puszcza obdarzyła mnie także szeregiem spotkań, które wzbogaciły moje postrzeganie zarówno natury, jak i świata w ogóle. Zobaczyć stado żubrów z odległości pięćdziesięciu metrów, usłyszeć psychodeliczne pohukiwanie sowy nad ciemnym lasem, wpatrywać się w gwiaździste niebo, którego w mieście nigdy się nie zobaczy – to po prostu bezcenne dla mnie jako pisarza i jako człowieka.

Teraz wszystkie drzewa, które widzę w domu, wydają mi się niższe w porównaniu z gigantami Puszczy Białowieskiej. Poczucie autentycznej wielkości lokalnej przyrody pozostanie ze mną na zawsze, wzbogacając mnie czymś nie do opisania.

Na kilka tygodni udało mi się zanurzyć w świecie spokoju i refleksyjnej pracy – doświadczenie to cenię jeszcze bardziej w obliczu największej wojny naszych czasów, która toczy się w moim kraju. Szkoda, że w ostatnich dniach intensywny ostrzał Lwowa przez rosyjskie drony przedwcześnie wyrwał mnie z pięknej, spokojnej rzeczywistości Puszczy i przywrócił do tej rzeczywistości, w której obecnie żyję ja i miliony moich rodaków w Ukrainie.

Miałem jednak ogromne szczęście, jeśli chodzi o kolegów-rezydentów. Nienachalna, sporadyczna, a jednocześnie fascynująca wymiana myśli o literaturze i sztuce w salonie Uroczyska była jednym z najcenniejszych momentów pobytu, obok samego kontaktu z puszczańską przyrodą. Bardzo cenne było również psychiczne wsparcie ze strony współmieszkańców po tym, jak dotarły do nas wiadomości o bombardowaniu mojego rodzinnego miasta.

Trudno teraz ująć w słowa wszystkie jasne momenty pobytu w Gruszkach. Wciąż je porządkuję w pamięci. Mam jednak teraz jeszcze jedno wyjątkowe wspomnienie, którego nie zapomnę do końca życia.

Провести два тижні в затишному будинку на околиці Біловезької Пущі – це видавалося гарною ідеєю відразу. Але після завершення резиденції я їхав додому з думкою, що це виявилося ще кращою річчю, ніж гадалося.

Життя на резиденції в Грушках принесло масу нових досвідів та вражень. І також надало дуже гарний час для сконцентрованої праці на текстами. Чомусь тут легко вдавалося поєднати і роботу, і прогулянки. І скажу щиро, часом було важко провести межу – адже прогулянки величним старим лісом дуже добре допомагають у роздумах та підштовхують до цікавих думок та ідей. А праця за комп’ютером при вікні, за яким відразу видніється темна стіна лісових дерев, видно велику смугу неба і шари ближчих і дальших дерев, за яким чуються співи малих і крики великих птахів – це не до порівняння із рутинною працею в місті.

Під час резиденції я працював над новою п’єсою про поліських хасидів у 19 столітті. І, власне, в первозданній природі Пущі я знайшов дуже гарний і потужний відповідник того Полісся, яким воно було колись понад сто років тому. Гуляючи околицями Грушок мені було неважко зануритися в уявний простір давнього втраченого світу, в якому поруч з українцями і поляками мешкали також євреї, ремісники та містики.

Постійні співи багатьох лісових птахів, практично навіть великі пташині оркестри з багатьма співочими партіями, дали мені чудовий образ голосового оживлення прихованих літер з Книги Природи, про яку розповідали персонажі моєї п’єси, хасидські містики. Власне, цю сакральну Книгу Природи завдяки перебуванню в серці Пущі мені нарешті вдалося осягнути не лише раціональним чином, а на рівні глибинного розуміння мого власного серця. Тому, запланована історія про хасидів складалася у мене напрочуд добре, усі пазли магічно сходилися належним чином.

Пуща подарувала цілий ряд містичних зустрічей, які дуже збагатили моє сприйняття і природи, і світу загалом. Побачити стадо зубрів на відстані п’ятдесяти метрів, почути психоделічні зойки нічної сови над чорним лісом, вдивлятися у неймовірне зоряне небо, якого вже ніколи не побачиш у містах – це просто неоціненно для мене як для письменника і як для людини.

Тепер мені всі дерева, які я бачу вдома – здаються трохи нижчими у порівнянні з вільними гігантами Біловезької пущі. І це відчуття автентичної величі локальної природи збережеться зі мною назавжди, збагачуючи мене чимось невимовним.

Мені справді вдалося на кілька тижнів зануритися у світ спокою і роздумливої праці, що дуже цінно для мене як для людини, яка живе в країні, в якій точиться найбільша війна нинішнього часу. Шкода, що вже в останні дні масштабний обстріл Львова російськими дронами передчасно вирвав мене з прекрасної мирної пущанської дійсності і повернув до тієї реальності, в якій тепер живу я та мільйони моїх співвітчизників в Україні.

Але мені дуже пощастило з колегами-резидентами. Ненав’язливі спорадичні, але цікаві і несподівані розмови про літературу і мистецтво в холі будинку – це один з дуже важливих моментів резиденції окрім споглядання лісової природи. Дуже цінно було також відчути з боку співмешканців людську підтримку після новин про бомбардування мого рідного міста.

Важко зараз послідовно описати усі яскраві моменти мого перебування в Грушках. Я ще продовжую розбирати цей досвід у своїй пам’яті. Але тепер маю ще один унікальний спогад про те, що не забувається упродовж життя.

fot. Alisa Bondarenko i Przemo Namiecino

 

 


Gabija Plukė

 

 

Gabija Plukė – autorka, badaczka i recenzentka literacka. Studiowała film i kreatywne pisanie w Wielkiej Brytanii oraz literaturę i antropologię w Wilnie. Zajmuje się ekofeminizmem, blue humanities (badaniem relacji ludzi z wodą, oceanami, rzekami i innymi ekosystemami wodnymi z perspektywy kulturowej, literackiej i społecznej) oraz krytycznymi badaniami nad feminizmem, płcią i tożsamościami queer we współczesnej literaturze i mediach. Jej teksty publikowane były w litewskich czasopismach literackich, a także w formie recenzji na Instagramie @Plukereads.

Autorka zadebiutowała powieścią „Vasara, pasaulio pabaiga” (2025, wyd. Aukso žuvys), urban fantasy dla młodych czytelników i młodych dorosłych, osadzoną w Wilnie. Książka czerpie inspirację z litewskich baśni ludowych oraz współczesnego miejskiego krajobrazu, eksplorując tematy tożsamości queer, poczucia winy oraz współczesnych reinterpretacji bałtyckich bóstw.

Podczas rezydencji literackiej Gabija Plukė pracowała nad nową powieścią „Oogenesis (Oogenezė)”, której akcja rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, w świecie nękanym przez powodzie, gdzie ludzie przygotowują się do życia na Księżycu. Powieść porusza zagadnienia ekofeminizmu, relacji między kobietami a naturą, wpływu klimatu na codzienne życie oraz macierzyństwa, czerpiąc inspiracje również z gatunku eco-horror i kina body horror. Książka podejmuje także kwestie pamięci, dziedzictwa i wpływu technologii na społeczeństwo, zachęcając do refleksji nad współczesnymi problemami społecznymi, klimatycznymi i kulturowymi oraz do dyskusji nad tematami często uznawanymi za tabu.

Na rezydencję  przyjechałam z powieścią, którą już zaczęłam pisać, ale z dość chaotycznymi myślami i niepowiązanymi ze sobą szczegółami fabuły. Nie wiedziałam, czym ma być ta książka – czy to literatura o zmianach klimatycznych? Literatura spekulatywna? Posthumanistyczny horror? Katalog moich największych lęków?

Przez ostatnie dwa tygodnie błąkałam się po Prastarym Lesie i przyglądając się mchom i porostom zrozumiałam, że piszę książkę o dwóch bardzo prostych rzeczach: więzi i rozkładzie. Piszę o powiązaniach między człowiekiem a naturą, naturą a technologią, człowiekiem a drugim człowiekiem. Piszę też o tym, że wszystko ulega rozkładowi – zarówno natura, jak i człowiek, a także internet, który miał istnieć wiecznie. Rozkład nie jest śmiercią, lecz niekończącą się przemianą, dotyczącą zarówno linków internetowych, jak i faktów historycznych, zarówno naszego postrzegania siebie, jak i powalonych drzew w Puszczy Białowieskiej, na których wyrastają miliony nowych form życia.

Te dwa tygodnie minęły niewyobrażalnie szybko – cieszę się, że w tym czasie zarówno pisałam, jak i robiłam na drutach, utrwalając w ten sposób fizycznie czas spędzony tutaj. Kiedy nie pisałam i nie robiłam na drutach, wędrowałam leśnymi ścieżkami, rozmawiałam z księżycem, jak najlepiej opisać go w książce, i przypisywałam moje ulubione wiersze do kępek mchu.  Bardzo się cieszę, że miałam okazję przez dwa tygodnie poświęcić całą swoją uwagę obserwacji świata – trudno znaleźć miejsce bardzie odpowiednie do tego.

Jestem niezmiernie wdzięczna organizatorom tej rezydencji, dzięki którym wyjeżdżam nie tylko z nowymi rozdziałami powieści, ale także z  jasnym planem dalszej pracy nad książką,  z fabułą ułożoną w spójną całość. Tak jak w łuskach ryby, na powierzchni wód bagiennych czy w piórach dzięcioła czarnego, tak i w meandrach tej książki będzie się odbijać ten pobyt.

Oto fragment powieści „Oogeneza”, nad którą obecnie pracuję:

4.
Siedzimy na wytartym dywanie rozłożonym na starej, drewnianej podłodze. Nie wiem, kto z nas pierwszy włączył komputer i zaczął pokazywać miejsca, w których mieszkał. Może Łukasz? Nieważne. Ale teraz siedzimy w kręgu, kręcimy się po parkingach przy blokach, po miastach pomalowanych przez lato, po opustoszałych wioskach przydrożnych. Moje plecy ogrzewa piecyk, a twarze każdego z nas oświetla niebieskawe światło ekranu. Biegamy po zastygłych w internecie ulicach – ku naszemu zdziwieniu na mapach Google od 2019 roku nie ma żadnych nowych zdjęć. Im dłużej podróżujemy, im bardziej wirtualny wiatr rozwiewa nam włosy, tym ciszej robi się w pokoju. Słychać tylko trzask płomieni w piecyku i nasz oddech – oddalający się od nas, gdy zapuszczamy się coraz dalej i dalej.

Patrzę na szary, pięciopiętrowy budynek, na łuszczącą się zieloną farbę ławki przy klatce schodowej, na zarośniętą piaskownicę, na drzewa oliwne – na zawsze zastygłe w bezruchu, teraz już wiecznie przekwitające. Myszką rysuję zaklęty krąg wokół małej lampki w oknie na trzecim piętrze, sypię sól, by nikt nie mógł przekroczyć tej granicy. Widzę, że ktoś tam stoi, ale jego twarz jest rozmyta, jakby malarz uronił łzę podczas pracy nad akwarelą. Nie widzę dokładnie, ale chcę wierzyć, że stoi tam babcia, która przyjechała nas odwiedzić. Chcę wierzyć, że widzę jej kwiecistą sukienkę, z wypukłymi, żółtymi główkami kwiatów na czarnym tle.

Po domknięciu kręgu ochronnego kieruję się na ulicę Ežero. Tutaj kwitną tulipany, tutaj panuje wieczne lato, tutaj zawsze jest dobrze. Na końcu podjazdu, na ławce, już na zawsze siedzi dziadek – jego brązowe plecy chłoną słońce, a obok leży siekiera. Chcę wierzyć, że w jego dłoniach tli się papieros – w tajemnicy, bo babcia nie pozwalała mu palić. Ktoś idzie do domu, ale nigdy nie dowiem się kto. Z pikseli i marzeń układam rąbek kwiecistej sukienki. Myszką rysuję krąg wokół nich obojga – wiecznie żywych, wiecznie razem, choć istnieją już tylko jako skompresowane pliki.

Matilda mówi, że ma nadzieję, iż na Księżycu będziemy mieli internet.


Jakub dodaje, że przed odlotem powinniśmy zniszczyć wszystkie samochody Google, żeby nikt nigdy nie zaktualizował map.

5.
Później, gdy zniknie internet, zamknę oczy i na wewnętrznej stronie powiek zobaczę światło w oknie na trzecim piętrze. Jak ślad błysku flesza – zawsze będzie mi towarzyszyć. Mam nadzieję, że moje ciało nie uzna go za coś obcego i nie będzie próbowało go wydalić. Gdy zniknie internet, mocno zamknę oczy i zakryję twarz dłońmi, żeby to światło nie wypadło mi z oka.

Į rezidenciją atvykau su jau pradėtu rašyti romanu, bet dar su gan padrikomis mintimis ir nesijungiančiomis siužeto detalėmis. Iki pat šios kelionės savo rašomos knygos vis niekaip negalėjau tiksliai apibūdinti — ar tai klimato kaitos literatūra? Spekuliatyvioji literatūra? Posthumanistinis siaubo romanas? Mano didžiausių baimių katalogas?Paskutines dvi savaites sukau galvą sengirėje ir stebėdama kerpes pagaliau supratau, kad knygą juk rašau apie du labai paprastus dalykus: ryšį ir puvimą. Rašau apie žmogaus ir gamtos, gamtos ir technologijų, žmogaus ir kito sąsajas. Rašau ir apie tai, kad viskas pūva, tiek gamta, tiek žmogus, tiek amžinai egzistuoti grasinęs internetas. Puvimas nėra mirtis, bet begalinė transformacija, liečianti tiek internetines nuorodas, tiek istorinius faktus, tiek savęs suvokimą, tiek nukritusius medžius Belovežo girioje, ant kurių jau auga milijonai naujų gyvybės apraiškų.

Šios dvi savaitės prabėgo neapsakomai greitai – džiaugiuosi, kad tuo metu ir rašiau, ir mezgiau, taip fiziškai įrašydama čia praleistą laiką. Kai nerašiau ir nemezgiau, klajojau miškų takais, tariausi su mėnuliu, kaip gi jį geriau aprašyti knygoje, dalinau mėgstamiausias poemas samanų kupstams. Labai džiaugiuosi, kad turėjau galimybę keletą savaičių visą savo dėmesį dedikuoti pasaulio stebėjimui – sunku rasti tam taip gerai pritaikytą vietą.

Esu be galo dėkinga šios rezidencijos organizatoriams, kurių dėka išvažiuoju ne tik su naujais istorijos skyriais, aiškiu planu tolimesniam knygos rašymui, bet ir į vietas sudėliotu siužetu. Tarsi žuvies žvynuose, pelkių vandenų paviršiuje ar meletos plunksnose, šios knygos vingiuose vis atsispindės ši viešnagė.

Ištrauka iš šiuo metu rašomo romano „Oogenezė“:

4.
Sėdime ant išvaikščioto kilimo, nutiesto ant senų, medinių grindų. Nežinau kuris iš mūsų pirmas įsijungė kompiuterį ir pradėjo rodyti vietas, kuriose gyveno. Nežinau kuris. Galbūt Lukas? Nesvarbu. Bet dabar sėdime ratu, keliaujame po stovėjimo aikšteles prie daugiabučių, vasaros nudažytus miestus, tuščius gatvinius kaimus. Mano nugarą šildo pečiukas, kiekvieno iš mūsų veidai nutapyti melsva kompiuterio ekrano šviesa. Bėgiojame interneto užšaldytomis gatvėmis – mūsų nuostabai po 2019 metų google žemėlapiuose niekas neperfotografuota. Kuo toliau keliaujame, kuo daugiau virtualaus vėjo kedena mūsų plaukus, tuo tyliau darosi kambaryje. Girdisi tik pečiuje lūžtančios liepsnelės ir mūsų kvėpavimas – dūžtantis užklydus vis toliau ir toliau.

Žiūriu į pilką penkiaaukštį, į nusilupusius žalius suoliuko prie laiptinės dažus, apaugusią smėliadėžę, amžiname sąstingyje įšalusias bebaigiančias žydėti alyvas. Pelyte suku užburtą ratą aplink mažą žiburį trečio aukšto lange, beriu druską, kad niekas negalėtų stebuklingos ribos praeiti, matau, kad ten kažkas stovi, bet žmogaus veidas išlietas, tarsi tapytojai ištryško ašara bepaišant akvarele. Veido nematau, bet noriu galvoti, kad ten stovi mus atvažiavusi aplankyti močiutė. Noriu manyti, kad matau jos gėlėtą suknelę, išpampusias geltonas gėlių galvas juodame fone.

Užbūrus apsaugos ratą, keliuosi į Ežero gatvę. Čia žydi tulpės, čia amžina vasara, čia amžinai gera. Čia, įvažiavimo gale, amžinai ant kulbės sėdi senelis, jo ruda nugara amžinai geria vasaros saulę, šalia amžinai guli kirvis. Noriu manyti, kad jo rankose amžinai smilksta cigaretė – cigaretės paslaptis, tiksliau – močiutė neleisdavo rūkyti. Į namą kažkas eina, bet niekada nesužinosiu, kas. Iš pikselių ir norų sudėlioju gėlėtos suknelės kampą. Pelyte apibarstau po druskos ratą aplink juos abu, amžinai gyvus, amžinai amžinus, amžinai kartu, nors ir egzistuojančius jau tik kaip suglaudintus failus.

Matilda sako, kad tikisi, jog Mėnulyje turėsime internetą.

Jokūbas priduria, kad prieš išskrendant turėtume sudaužyti visus google automobilius, kad niekas niekada neatnaujintų žemėlapių.

5.
Vėliau, jau dingus internetui, užsimerksiu ir ant išvirkščios vokų pusės matysiu žiburį trečio aukšto lange. Tarsi fotoaparato blykstės pėdsakas, jis visada bus su manimi. Tikiuosi mano kūnas nepagalvos, kad ten svetimkūnis ir nebandys išpūliuoti jo kaip miežio. Dingus internetui, stipriai užsimerksiu ir delnais užsidengsiu veidą, kad mano žiburys neiškristų iš akies.

 

 


Maciej Piotrowski

 

 

Maciej Piotrowski – tłumacz literatury ukraińskiej, historyk i ukrainoznawca, a z pasji animator kultury. Kieruje programami kulturalnymi w Kolegium Europy Wschodniej, a jako prezes Stowarzyszenia Folkowisko inicjuje i współtworzy działania na styku kultury, edukacji i dialogu polsko-ukraińskiego. Jest również pomysłodawcą spotkań translatorskich „Rozstaje”.

Pracował jako specjalista ds. merytorycznych przy projekcie wystawy stałej Muzeum Hołodomoru w Kijowie i  współpracuje z ukraińską redakcją Culture.pl. Artykuły poświęcone historii i kulturze Ukrainy publikował m.in. w Tygodniku Powszechnym i Nowej Europie Wschodniej.

Jako tłumacz przybliża polskim czytelnikom twórczość takich autorów jak Andrij Bondar, Jurij Andruchowycz, Hryhorij Czubaj czy Artem Czech. Za przekład książki „Podróż uczonego doktora Leonarda i jego przyszłej kochanki, przepięknej Alcesty, do Szwajcarii Słobodzkiej” Mike Johansena otrzymał nagrodę „Nowa Twarz” Literatury na Świecie oraz nominację do Nagrody Literackiej Gdynia 2024.

Podczas rezydencji Maciej Piotrowski pracował nad przekładem powieści „Jugurta. Opowieść o starym Charkowie” Mike’a Johannsena (1896–1937). Tekst ten nie był dotąd dostępny polskim czytelnikom. Oryginał powieści zaginął w latach 30. wraz z aresztowaniem i rozstrzelaniem autora przez NKWD. Na szczęście rękopis przekładu na język rosyjski przetrwał w archiwach Pawła Zienkiewicza – tłumacza polskiego pochodzenia, zamieszkującego w latach międzywojennych w Moskwie.

Nad rekonstrukcją ukraińskiego tekstu dzieła stopniowo pracuje Jaryna Cymbał, a Maciej Piotrowski opracowuje polski wariant na podstawie rękopisu rosyjskiego i jego przekładu/rekonstrukcji na ukraiński. Utwór to bildungsroman osadzony w Charkowie w czasie I wojny światowej. Wraz z gimnazjalistą Jugurtą obserwujemy kres dawnego świata magnatów węglowych i imperialnych kupców oraz kiełkowanie nowej rzeczywistości – zrewoltowanych socjalistów i przaśnych ukrainofilów. Te wielkie historyczne procesy, jak się okazuje, zapoczątkował upadek policjanta z konia na placu św. Sergiusza. W tle obserwujemy też fascynujące życie mrówek, wyścigi cyklistów i stypę prostytutek – ale to już na marginesie.

Mike’owi Johannsenowi bardzo by się tu spodobało! Autor, którego tłumaczę, uwielbiał przebywać wśród natury, pływać po rzekach, gubić się w trzcinach i krążyć po lasach. Sto lat temu znalazł swoje ukochane miejsca w okolicach Charkowa, nad Dońcem Siewierskim, ale trzeba przyznać, że Puszcza Białowieska i dolina Narewki w niczym nie ustępują tamtym terenom. Szczególnie, gdy z pieszych i rowerowych wycieczek można wrócić do tak gościnnego i przytulnego domu, jakim jest Uroczysko Hruszki. Niewiele jest miejsc, w których na tyle można się wyciszyć, odpocząć i oderwać od codziennego pędu. Ale przy tym: spotkać tyle osób nieprzeciętnych. W orbicie Hruszek pojawiają się wyłącznie zapaleńcy. Ten dom nie dopuszcza chyba do siebie ludzi, którzy nie mają jakiejś pasji. Fotograf Przemek obwieszony starymi aparatami, przewodniczka Grażyna potrafiąca zafascynować nas plamkami na drzewie czy Tomasz mierzący obwody setek drzew. No i oczywiście Katarzyna z Manfredem, którzy urządzili dom z dbałością o każdy szczegół. A wreszcie: koleżanki i koledzy z rezydencji: każdy ze swoją fascynującą działką. Spotkania i długie wieczorne rozmowy z nimi pozwoliły inaczej popatrzeć na własną pracę.

 

 


Irina Lappo

 

 

Irina Lappo – teatrolożka, literaturoznawczyni, tłumaczka i etnolingwistka, dr hab., adiunkt w Katedrze Współczesnej Literatury i Kultury Polskiej UMCS w Lublinie. Zajmuje się historią teatru i dramatu, recepcją teatralną, teorią i praktyką przekładu oraz problematyką tożsamości kulturowej w teatrze Europy Środkowo-Wschodniej. Jest autorką monografii „Mrożek à la russe. Teatralna recepcja dramaturgii Sławomira Mrożka w rosyjskim kręgu językowo-kulturowym” (2007), „Teatr Czechowa w Polsce” (2010) oraz „Wolni Kupałowcy. Teatr narodowy na wygnaniu” (2025), a także współautorką książki „Поколение RU белорусской драмы. Контекст — тенденции — индивидуальности” (2020). Publikuje m.in. w Dialogu, Teatrze, Pamiętniku Teatralnym i Studiach Białorutenistycznych. W latach 2014–2018 była redaktorką literacką pisma Nowaja Polsza i kuratorką międzynarodowego festiwalu teatralnego Bliski Wschód.

Podczas pobytu w Puszczy Irina Lappo skupił się na pracy translatorskiej. Po wielu latach tłumaczenia z polskiego na rosyjski wraca do przekładu na swój język ojczysty – białoruski. Jej dorobek translatorski obejmuje m.in. twórczość Doroty Masłowskiej; przekład powieści „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” na język rosyjski przyniósł jej uznanie krytyków. Po 2022 roku podjęła decyzję o rezygnacji z używania języka rosyjskiego w codziennej komunikacji i praktyce twórczej – z powodów etycznych i kulturowych. Było to impulsem do konsekwentnego poszerzania obecności języka białoruskiego w jej pracy intelektualnej.

W trakcie rezydencji Lappo pracowała nad przekładem na język białoruski dwóch dramatów Doroty Masłowskiej: „Między nami dobrze jest” oraz „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku”. Projekt ma dla niej znaczenie nie tylko translatorskie, lecz także osobiste i kulturowe. Tłumaczka postrzega go jako formę artystycznego i kulturowego powrotu do języka białoruskiego oraz próbę włączenia białoruskiego doświadczenia w szerszy europejski obieg dramaturgiczny. Twórczość Doroty Masłowskiej – podejmująca tematy tożsamości, języka i pamięci – pozostaje bowiem szczególnie bliska współczesnemu doświadczeniu Białorusinów. Wstępne zainteresowanie przekładami wyraził niezależny teatr białoruski działający na emigracji w Polsce (BY Teatr, reż. Andrej Novik).

Po pierwsze – ludzie. Nikogo ze współrezydentów nie znałam, ale okazało się, że z każdym miałam wspólnych znajomych. Ludzie, z którymi można było prowadzić rozmowy istotne aż do rana. A kiedy rozmowa stawała się nieistotna, Maciek mówił wprost, że lepiej byłoby porozmawiać o literaturze ukraińskiej czy białoruskiej, albo dowiedzieć się czegoś naprawdę ważnego – na przykład o tym, jak w Finowie odbierają światło.

Po pierwsze – Białowieska Puszcza. Przez puszczę i w puszczy często płakałam. Puszcza to moja Białoruś, która została po tamtej stronie. Niedostępna, niemożliwa, łukaszenkowska. To mroczny cień Muru. To myśli o ludziach, którzy przez podłe rozgrywki polityczne umierają w lesie. Ale to też las mojego dzieciństwa, moj rodny kut z babcią Zosią w tle, która każdą wolną chwilę spędzała w lesie, bo była strasznie pazerna na jagody. Nigdy dość jagód: trzeba było i ususzyć, i zrobić konfitury, i codziennie zjeść słoik albo dwa, bo „są dobre na wzrok, a tyś, dziecko, w okularach”. Babcia Zosia w lesie zawsze śpiewała. Dawno z nią nie rozmawiała, w Puszczy do mnie przemówiła. Po swojemu.

Po pierwsze – ludzie puszczy. Chodzą na skróty, szczodrze dzielą się swoją wiedzą, choć nie tą najbardziej sekretną. Miałam też swojego przewodnika: książkę Doroty Borodaj „Szkodnicy”, w której autorka w sposób naprawdę obiektywny przedstawia racje wszystkich stron – i leśników, którzy wiedzą lepiej, bo dbają o puszczę od stu lat, i ekologów, którzy wiedzą lepiej, bo puszcza ma dziesięć tysięcy lat i sama o siebie dba najlepiej, i tutejszych, którzy mówią po swojemu i wiedzą, gdzie w puszczy są kurhany, w których pochowani są ich przodkowie (nie dziadkowie – przodkowie, ci, którzy nie zdążyli przyjąć chrześcijaństwa), i przyjezdnych, którzy mieszkają tu od trzech czy trzydziestu lat, kochają to miejsce i robią dla niego więcej niż ci, którzy zrobić nic nie mogą, ale trwają tu jak żubry. Spotkałam ich wszystkich, a dzięki książce Doroty polubiłam jeszcze przed spotkaniem.

Aha, żubry! Po pierwsze – żubry. „Przekuj energię żubrów w twórczą moc!” – kazała mi córka. Done. Czyli po pierwsze jednak praca.

Po pierwsze – dom, który daje przestrzeń do bycia osobno i razem. Uroczysko Hruszki. Magiczny, przepiękny dom, otwarty na puszczę i ludzi, który zdaje się oddychać razem z lasem, jakby jego ściany nie były granicą, lecz membraną – przepuszczającą światło, zapachy, ciszę i obecność. Dom jest urządzony z rzadko spotykaną czułością: wobec natury, wobec tradycji, wobec człowieka. Widać tu rękę kogoś, kto rozumie, że prawdziwy luksus nie polega na nadmiarze, lecz na uważności. Każdy detal ma swoje uzasadnienie, nic nie jest przypadkowe, a jednocześnie nic nie wydaje się wymuszone. Sercem domu jest okrągły stół otoczony ogromnymi, wygodnymi fotelami, które nie tyle służą siedzeniu, co zatrzymaniu – w rozmowie, w śmiechu, w byciu razem. To przestrzeń, która nie wymaga zaproszenia, a jednak nieustannie zaprasza. Jakby miała własną, cichą grawitację. I dzieje się coś niezwykłego. Schodzisz na dół – jest pusto. Każdy zanurzony w swoim świecie, w pokoju, w pracy, w komputerze, w skupieniu, w osobnym rytmie. Siadasz w jednym z tych foteli, i nagle, niemal niepostrzeżenie, stół zaczyna przywoływać ludzi. Ktoś schodzi po herbatę, ktoś przysiada „na chwilę”, ktoś inny tylko zerka – i zostaje. Po kilku minutach stół żyje. Jakby to nie ludzie się zbierali, lecz dom ich zbierał. A kiedy przychodzi moment wyjazdu, ma się ochotę – choć brzmi to może dziwnie – zatrzymać się na progu pocałować ten dom w czoło, i błogosławić go. Dziękuje za wszystko.

 

 


Sebastian Musielak

 

 

Sebastian Musielak – tłumacz literacki, przekłada z języków fińskiego i angielskiego. Ukończył technikum samochodowe i filologię fińską na Katedrze Skandynawistyki Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Były nauczyciel angielskiego w liceum i tłumacz fińskiego w polskiej fabryce autobusów i fińskiej stoczni. Prowadzi cykliczny międzynarodowy kurs dla początkujących tłumaczy literatury fińskiej w Helsinkach. Autor ponad 30 przekładów z języka fińskiego, w tym wydanego przez Pauzę Przejścia Pajtima Statovciego.

Od początku XXI wieku jest w zasadzie freelancerem, utrzymującym się z tłumaczenia literatury; ma na swoim koncie około 100 książek, w tym około 40 z języka fińskiego. Tłumaczył niemal wszystko poza poezją – od ultranowoczesnej prozy międzywojnia (Volter Kilpi), przez kryminały (Leena Lehtolainen), klasykę starszą (Mika Waltari) i nowszą (Arto Paasilinna, Daniel Katz), utwory  z nurtu Finnish Weird (literatura łącząca realizm z elementami surrealizmu, absurdu i fantastyki, często zabarwiony czarnym humorem lub groteską, np. Leena Krohn, Johanna Sinisalo), po najważniejszych fińskich autorów ostatnich dekad, znanych także poza Finlandią (Sofi Oksanen, Tommi Kinnunen, Laura Lindstedt, Pajtim Statovci, Juhani Karila), w tym nagradzanych twórców literatury dla dzieci i młodzieży, takich jak Timo Parvela i Anniina Mikamä. Współpracuje m.in. z wydawnictwami Rebis, Czarne, W.A.B., Wydawnictwem Literackim, Książkowymi Klimatami oraz Pauzą.Jest laureatem nagrody „Literatura na Świecie” (2008) za przekład powieści Daniela Katza „Kobieta pułkownika” oraz państwowej nagrody Ministerstwa Kultury Finlandii (2017) dla tłumacza literatury fińskiej. Podczas rezydencji Sebastian Musielak pracował nad przekładami dwóch fińskich powieści – Arto Paasilinny i Mikiego Liukkonena.

Mam ostatnio więcej pracy niż zwykle. Jeszcze nie skończyłem tłumaczyć jednej fińskiej powieści, a już musiałem zacząć drugą. W krytycznej fazie nałożenia się dwóch projektów rośnie zapotrzebowanie na spokojną przestrzeń do pracy. Zgłosiłem się na doroczną rezydencję Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury i Unii Literackiej w Uroczysku Hruszki. Zostałem zaakceptowany.

Pociągiem dojechałem do Hajnówki, gdzie odebrali mnie cudowni właściciele Uroczyska, i zanim przez Narewkę dojechaliśmy na miejsce, byłem już w odmiennym stanie świadomości. Leżący na obrzeżach wsi Gruszki wielki dom, uratowana przed zniszczeniem stara leśniczówka, gdzie dane mi było mieszkać przez dziesięć dni, ujął ten stan w fizyczne ramy. To prawdziwe uroczysko, jedno ze słynnych puszczańskich miejsc mocy.

W tym wspaniałym stanie świadomości spotykałem wspaniałych, pięknych ludzi – zarówno na samym Uroczysku, jak i poza nim: w Narewce, Białowieży, Świnorojach, Podcerkwi. W tym stanie pracowałem, osadzony w głębokiej naturalnej ciszy, w której wszystko przychodzi łatwo i naturalnie. Czułem i wiedziałem, że jestem na miejscu. Przestało mi się spieszyć do innej chwili, innej czynności. Było tylko to, co akurat było.

Ciekawość Puszczy, w której nigdy wcześniej nie byłem, malała z kwadratem zmniejszającej się odległości między nami. W Hruszkach, na samym jej progu, już prawie nie było po niej śladu. Jej ostatnie resztki czepiały się pierwszych drzew i tam zostawały. Wchodziłem do lasu odfiltrowany z myśli, wnikałem w głąb siłą rozpędu, by po chwili rozproszyć się na wszystkie strony i zniknąć. Przed oczami stawała mi jeszcze na moment omszała fińska knieja. Ten sam głęboki zapach.

Po powrocie z rezydencji przyszła konstatacja, że za mało ze mnie zostało na Uroczysku: nie było komu łazić po Puszczy i płoszyć zwierzęta, zakłócać rozwirowanym powietrzem trajektorie motyli. Za chwilę tydzień od fizycznego powrotu z Hruszek, a ja nadal składam siebie na nowo, z pisaniem jest jeszcze bardzo słabo. Ciągle uczę się wysławiać swoje doświadczenia i wspomnienia.
Wracam do siebie i analizuję, chyba jednak coś na Uroczysku zrobiłem. Pracowałem jednak głównie nad jedną powieścią. Tą, ktąra ma w tle omszałą fińską knieję.

Odczuwam głęboką wdzięczność za to doświadczenie. Dziękuję z całego serca wszystkim niezwykłym ludziom, dzięki którym mogłem spędzić dziesięć dni, i wszystkim, którzy w tym czasie nauczyli mnie tak wiele.

 

 


Sesja fotograficzna

 

 

Spacer po Białowieskim Parku Narodowym