Wojciech Nowicki
„CZARNE W PUSZCZY”
fot. Renata Wołkowycka
Pierwszym tegorocznym rezydentem programu „Czarne w Puszczy” był Wojciech Nowicki, pisarz, kurator wystaw fotograficznych i recenzent kulinarny. Książka „Dno oka. Eseje o fotografii” (2010) znalazła się w finale Nagrody Literackiej Nike 2011. Wydane w 2013 roku „Salki” otrzymały Nagrodę Literacką Gdynia w kategorii esej, natomiast książka „Cieśniny” otrzymała nominację do Nagrody im. Jana Michalskiego oraz do Nagrody Literackiej Gdynia. Dwukrotnie nominowany za całokształt twórczości do Nagrody Literackiej im. Juliana Tuwima, otrzymał ją w 2020 roku. Mieszka w Krakowie.
Z Krakowa do Świnoroj jest kawał świata. Najpierw ta przestrzeń liczona najprościej, najbardziej zrozumiale, w pokonywanych kilometrach. Albo w godzinach: niby to wciąż Polska, ale podróż tutaj z Krakowa trwa dłużej niż lot do dowolnego zakątka Europy. Można też liczyć jeszcze inaczej, licząc w mikrokosmosach: Kraków jest dość powolny, rozedrgana Warszawa Wschodnia wibruje językami zza dawnego kordonu, Hajnówka emanuje spokojem powiatowego miasteczka, a na koniec zanurzenie w pełną samotność, Świnoroje. Choć tworzenie literatury z natury rzeczy jest samotniczym, nudnym mozołem i nie nadaje się do opisywania, to pobyt w Mansardzie i tu się wyróżnia. Jest w nim bowiem element przygody: podróż coraz węższą nitką kolejową na wschód, do niemal egzotycznej części kraju, zapadanie się w coraz mniejsze ludzkie osady, wreszcie niecodzienne dla mnie okoliczności. Są tu ciemne, niemal czarne noce, bez męczącej elektrycznej łuny, bycie samemu w wielkim obejściu, na skraju Puszczy, niczym niestłumione odgłosy natury, i konieczność maszerowania do sąsiedniej wsi po najmniejsze nawet zakupy. Świnoroje dają więc to wszystko, co odebrało mi miasto, a także niespodziewaną przerwę w życiorysie, wypełnioną wielką koncentracją, pracą i chłonięciem tego, co tak bardzo od codzienności inne. W kilka dni po powrocie wszystko to we mnie buzuje. Dzięki, Tropinko!
Program twórczych samotni realizowany jest we współpracy z Dworkiem Rousseau – który udostępnia nam bezpłatnie Mansardę – oraz z Wydawnictwem Czarne. Gmina Narewka objęła rezydencje patronatem – dziękujemy za pomoc logistyczną! W tym roku nasze rezydencyjne samotnie objął patronatem również Jacek Brzozowski Wojewoda Podlaski.
Dziękujemy Renacie Wołkowyckiej (Tropinka) za piękne zdjęcia!
Kinga Zawadzka
„CZARNE W PUSZCZY”
fot. Renata Wołkowycka
Drugą wiosenną rezydentką programu „Czarne w Puszczy” była Kinga Zawadzka, socjolożka, amerykanistka, doktorka nauk społecznych, adiunktka w Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zajmuje się badaniami nierówności społecznych i stylów życia. Autorka książek „Roczniki siedemdziesiąte. Styl życia i wartości inteligencji średniego pokolenia” [2023] i „Dystynkcje muzyczne. Stratyfikacja społeczna i gusty muzyczne Polaków” [2021] (razem z Henrykiem Domańskim, Dariuszem Przybyszem i Katarzyną M. Wyrzykowską). Ma dwójkę dzieci – Anię i Kubę. Mieszka w Warszawie.
Podczas pobytu w Mansardzie na przełomie marca i kwietnia pracowałam nad książką, którą piszemy razem z Wojciechem Helińskim, o najnowszej historii osadnictwa na ziemi kłodzkiej. Pomysł na książkę powstał z naszych rozmów – Wojtek, który mieszka w Kudowie-Zdroju, jest poetą, podróżnikiem i znawcą historii regionu. Ja jestem socjolożką, interesuję się migracjami, awansami społecznymi, a do tego fascynuje mnie Dolny Śląsk, z którym też jestem związana rodzinnie (w Polanicy-Zdroju urodził się mój tata). W naszej wspólnej książce-reportażu, znane historie masowych przesiedleń po wojnie i zmian kolejnych dekad łączą się z opowieściami dzisiejszych mieszkańców o miasteczkach i wsiach w których żyją, ich historiach i na nowo tkanych więziach.
Czas mnie gonił i może dobrze się złożyło, że miesiąc przed przyjazdem złamałam nogę, bo przez to nie mogłam się zapuszczać zbyt daleko w głąb lasu – inaczej pewnie cały tydzień spędziłabym na chodzeniu po Puszczy. A tak, udało mi się zrobić to co zaplanowałam, to jest uporządkować pierwszą wersję tekstu. Powiedzieć, że tu się świetnie pracuje, to jak nic nie powiedzieć. Cisza, las, stuletni drewniany dwór, poranne głosy ptaków, biurko do pracy na poddaszu, dobra energia miejsca. Tydzień spędziłam na pisaniu, a w przerwach na szwendaniu się po lesie i przyglądaniu detalom świata: krokusom, przylaszczkom, podlaskim chatom, kapliczkom i przydrożnym pieskom. No i oczywiście – na marzycielstwie.
W Wielki Piątek wracałam pociągiem do domu, razem z paniami które wiozły kwiaty na pobliskie cmentarze, patrzyłam na las za oknem, mijałam Hajnówkę, Czeremchę, Sarnaki, i kiedy wyszłam na stacji Warszawa Wschodnia, wciąż czułam ten, przywieziony z Podlasia, spokój.
Bardzo dziękuję Stowarzyszeniu Tropinka, Gminie Narewka, Wydawnictwu Czarne, Katarzynie Leszczyńskiej, Renacie Wołkowyckiej, i Katarzynie Bielawskiej z Galerii Narewka za możliwość pracy w tak wspaniałym miejscu, a także za spotkania i dobre rozmowy. Teraz wiem, że chcę tu wrócić jeszcze na plenery malarskie, koncerty muzyki cerkiewnej, do Puszczy i na Noc Kupały. Do zobaczenia!
Program twórczych samotni realizowany jest we współpracy z Dworkiem Rousseau – który udostępnia nam bezpłatnie Mansardę – oraz z Wydawnictwem Czarne. Gmina Narewka objęła rezydencje patronatem – dziękujemy za pomoc logistyczną! W tym roku nasze rezydencyjne samotnie objął patronatem również Jacek Brzozowski Wojewoda Podlaski.
Dziękujemy Renacie Wołkowyckiej (Tropinka) za piękne zdjęcia!
Marta Sawicka-Danielak
we współpracy z STL i UL
fot. Paulina Wasiluk
Gościnią wiosennej rezydencji Tropinki w Mansardzie przy Dworku Rousseau, organizowanej we współpracy z Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury i Unia Literacka, była w tym roku Marta Sawicka-Danielak urodzona w Białymstoku, mieszkająca pod Warszawą, pisarka, dziennikarka, krytyczka literacka, animatorka kultury, laureatka Nagrody Artystycznej Prezydenta Miasta Białegostoku za osiągnięcia w dziedzinie tworzenia i upowszechniania kultury. Członkini Unii Literackiej.
Marta jest autorką wierszy publikowanych w prasie literackiej (m.in. Kwartalnik Kontent) oraz książek, np. „Święto Trąbek”, W.A.B. 2016 (jako Marta Masada), „Ostatni białystoker. Opowieść o mieście, które zniknęło”, Wielka Litera 2023, „Oko tygrysa. O bestii, która stworzył człowiek”, Marginesy 2024.
Na wąskiej drodze z Narewki do Świnorojów obudzony z ciężkiej zimy borsuk przystanął i spojrzał mi w oczy. Zagapiłam się i przejechałam znak. Zawracanie, pętelka. Już bez borsuka (mąż by powiedział o nim „jaźwiec”). I bez męża. Bez dzieci, psów, codziennych obowiązków i wydeptanych ścieżek. Sama. Nareszcie.
W mieszkanku na poddaszu pięknie, wygodnie, zmyślnie (te ozdoby ze strąków karobowego drzewa). Zachwyt. Na białych ścianach delikatnie lśnią półprzezroczyste skrzydła złotooków. Uwielbiam złotooki i ich fluorescencyjną zieleń latem. Wierzchem wskazującego palca gładzę jednego. I zaraz się besztam: „Co to za niefrasobliwy ludzki pomysł pieścić owady? Mogłam go zabić.” Ale owad, choć płochliwy, wchodzi na moją dłoń. Chwilę na niej zostaje. W niemym bezruchu wybrzmiewa przywitanie. Pierwszy dzień kalendarzowej wiosny. Pierwszy raz w tropinkowej Mansardzie. „Dzień dobry”.
Wieczorem „czytamy puszczę” w Chacie Kulturalnej tuż obok – ja i miejscowi, wyjątkowi ludzie. Tomasz opowiada o mierzeniu wiekowych dębów, Weronika o rozmowach z tutejszymi drzewami, Kasia z gracją odpytuje obojga tak kontrastowych bohaterów z filmów Beaty. Potem warzywna tarta, serowa rolada z żurawiną, ciastka, herbata, rozmowy. Oszołomiona gościnnością idę wreszcie do siebie, do Mansardy. Idę spać. Ale nie przychodzi mi to łatwo. Gdy cichnie gwar i odjeżdżają auta na podlaskich blachach, okazuje się, że jestem jedyna na całej posesji. „Czego chcesz, w końcu miała być samotnia?” Rzadko się w życiu boję. Na co dzień też mieszkam przy samej puszczy, tylko Kampinoskiej. A jednak fakt odosobnienia w całkiem nowym, nieoswojonym miejscu mocno mnie zaskakuje. I usztywnia. I gdy przez dłuższą chwilę w ciemności nasłuchuję pracy drewnianego domu i pojedynczych odgłosów za oknem, uświadamiam sobie, że oddycham coraz szybciej i coraz płyciej. „Co teraz? Przez kolejnych siedem nocy to się nie zmieni.” By zająć umysł instynktownie skupiam się na obrazie tego, co mnie otacza. Wyobrażam sobie zabudowania wokół – poczerniałą stodołę i malowniczy dworek, o które teraz uderzają rozhuśtane wiatrem gałęzie, skrzypiącego studziennego żurawia i ciężkie ocynkowane wiadro. Potem kolejne drzewa, leszczynę, brzozy, strzeliste sosny, poszycie z suchych liści, przez które wydostają się żółte krokusy. Coraz dalej i dalej w las. Widzę tę starą, dobrą puszczę, która zagarnia mnie jak kiedyś w dzieciństwie, gdy jako nastoletnia harcerka przyjeżdżałam tu na letniska i zimowiska bez rodziców i ufnie spałam z drużyną w ciemnym namiocie na skraju łąki. Znów jestem tą dwunastolatką z zastępu Jodełki, która z dwoma koleżankami błądzi po puszczy, spotyka ośnieżone łby żubrów i płochliwe sarny, próbuje wrócić przed zmierzchem do obozu w Teremiskach zaopatrzona tylko w kompas. I entuzjazm. Marzłam. Przemakałam. Czasem niepokoiłam się, czy znajdę drogę. Ale zawsze czułam się bezpiecznie. To wspomnienie mnie uspokaja. Leżąc pod ciepłą kołdrą, tuż przy ścianie lasu, wyraźnie czuję obecność puszczy – pulsujące życie matecznika, puls puszczy matki, pramatki, który otula mnie do snu i daje schronienie, jak dawała przez wieki ludzkim i pozaludzkim mieszkańcom.
Zięby, sikorki i kosy nie dają mi długo pospać. Budzę się ze wschodem i wpadającym do środka światłem. Śpiewam do wtóru z pękatym rudzikiem, piję kawę patrząc na skoczną wiewiórkę za płotem i grubodzioba, który przysiadł na ramie otwartego okna. Nie sprawdzam godziny w telefonie, bo znam ją bez niego. Za to włączyłam „Here comes the sun” Beatlesów, a melodia z głośnika harmonijnie zlewa się z ptasią pieśnią, które wpada przez okno. To ten krótki i doskonały moment pełni i połączenie. Czuję tę „naturokulturę”, która długo była dla mnie jedynie suchym akademickimi terminem. Czuję się naturokulturą, jednią z całą resztą istnienia i świata. I właśnie zawsze na Podlasiu towarzyszy mi to uczucie. Może dlatego, że się tu urodziłam. A może dlatego, że to jedno z ostatnich miejsc, w którym kultura i natura przenikają się i rozmywają w sobie, a ludzie żyją tu zarówno w rytmie natury jak i wiekowych zwyczajów i religijnych obrzędów, w rytmie przyrody, która jest głównym tematem lokalnej kultury, w rytmie „swojego języka” i kroków wydeptanych tropinek.
A potem jest już tylko pięknie i piękniej. Przecież nie da się tego zapisywać, bo staje się kiczem. Szczęście ujęte w słowa nie jest interesujące. A już na pewno nie dłużej niż przez chwilę. Kilka zdań, jedna scena. Tyle wystarczy.
Ale nie umiem się powstrzymać. Jeszcze tylko to, że w południe, ścieżkę, którą spaceruję przecina stado żubrów. Co się w człowieku wtedy dzieje! Serce zamiera. Podobnie jak oddech. A jednocześnie krew dudni jak tętent żubrzych kopyt. A potem rzeczka i zalana słońcem polana i kolejne zaskoczenie: nagła szarża byka żubra na spróchniałe drzewo kilka metrów obok. Ogrom. Siła. Atawistyczny lęk w trzewiach spleciony z ciekawością i zachwytem.
I jeszcze tylko niskie drewniane domki, koronkowe okiennice, kolorowa cerkiewka, urokliwe ludowe rzeźby przy kościele, barwne chorągiewki na wietrze, modre przylaszczki przy płocie w drżeniu licznych zapylaczy. I robienie wielkanocnych palemek z wierzbowych witek z poznanymi we wsi kobietami, która dają mi świeżo zerwany czosnek niedźwiedzi, i drożdżowe bocianie łapki pieczone na Zwiastowanie, i całe swoje serce.
Dłużej nie mogę.
Tego nie da się czytać.
To trzeba przeżyć.
Program twórczych samotni realizowany jest we współpracy z Dworkiem Rousseau – który udostępnia nam bezpłatnie Mansardę – oraz Stowarzyszeniem Tłumaczy Literatury i Unią Literacką. Gmina Narewka objęła rezydencje patronatem – dziękujemy za pomoc logistyczną! W tym roku nasze rezydencyjne samotnie objął patronatem również Jacek Brzozowski Wojewoda Podlaski.
Dziękujemy Paulinie Wasiluk (Tropinka) za piękne zdjęcia!
Mustafa Fouad / مصطفى فؤاد
rezydencja specjalna
Na rezydencję specjalną zaprosiliśmy w tym roku Mustafę Fouada, irackiego artystę interdyscyplinarnego oraz aktywistę zaangażowanego w obronę praw człowieka i sprawiedliwości społecznej.
Swoją działalność rozpoczął bardzo wcześnie — mając niespełna 15 lat uczestniczył w protestach w Bagdadzie. Organizował demonstracje przeciwko reżimowi politycznemu oraz wspieranym przez Iran prorządowym milicjom.
Brał udział w wystawach w Iraku i Niemczech poświęconych tematom ucisku, tożsamości, migracji i dylematów współczesnego człowieka. W Iraku współtworzył także zaangażowane politycznie spektakle teatralne sprzeciwiające się przemocy. W swojej twórczości wykorzystuje malarstwo i pisarstwo jako narzędzia wyrażania zbiorowego bólu oraz oporu wobec absurdów życia. Tworzy prozę i poezję.
Obecnie mieszka w Niemczech, gdzie kontynuuje działalność artystyczną i społeczną, współpracując z organizacjami kulturalnymi oraz angażując się w działania na rzecz praw człowieka.
Jego twórczość koncentruje się wokół doświadczenia wygnania, wykorzenienia i poszukiwania tożsamości we współczesnym, niestabilnym świecie. W tekstach i pracach wizualnych bada alienację, kruchość przynależności oraz napięcie między jednostką a rzeczywistością kształtowaną przez wojny, migracje i społeczne przemiany. Pisanie i malarstwo traktuje jako przestrzeń pamięci, straty i wewnętrznego doświadczenia — miejsce, w którym osobisty ból staje się refleksją nad uniwersalnym ludzkim losem.
Niedawno sam musiał opuścić rodzinny kraj i wyruszyć w drogę ku bezpiecznemu życiu, w którym mógłby nadal tworzyć. Na uchodźczym szlaku zamiast namiotu miał przy sobie książkę Milana Kundery, a pod pachą niósł teczkę ze swoimi pracami.
Dziś, kiedy jest już bezpieczny, pracuje nad książką poświęconą doświadczeniu migracji oraz polsko-białoruskiej granicy. Dlatego tak ważny był dla niego powrót na Podlasie — do miejsc, które odegrały szczególną rolę w jego własnej historii.
Zwieńczeniem rezydencji była wystawa prezentująca prace Mustafy. Podczas wernisażu opowiedział o swojej drodze, doświadczeniu uchodźstwa i znaczeniu sztuki jako przestrzeni pamięci, wolności i oporu:
To dla mnie zaszczyt móc dziś otworzyć wystawę „Wędrujące twarze, dziwne twarze” – nie tylko jako prezentację prac artystycznych, lecz także jako kontynuację historii, która rozpoczęła się dwa lata temu w miejscu bardzo odległym od galerii sztuki.
Wtedy wyruszałem w najdziwniejszą i najniebezpieczniejszą podróż mojego życia – podróż, podczas której nauczyłem się, że zdobywanie książek bywa ważniejsze niż gromadzenie zapasów jedzenia w walizce. Nauczyłem się, że podzielenie się odrobiną jedzenia jest cenniejsze niż spożywanie go w samotności, a ubranie może czasem stać się jedynym sposobem zaspokojenia naszych najbardziej podstawowych ludzkich potrzeb.
W puszczy spotkałem ludzi, z których niektórzy są dziś moimi bliskimi przyjaciółmi. Nie połączył nas żaden projekt artystyczny, instytucja kultury ani konferencja naukowa. Połączyło nas coś znacznie prostszego, a zarazem głębszego: chwila czysto ludzka – moment, w którym jedna osoba dostrzegła drugą i wyciągnęła do niej pomocną dłoń, okazując solidarność. Dwa lata po tym przypadkowym spotkaniu stoję dziś pośród was – nie w lesie, lecz w przestrzeni poświęconej sztuce, dialogowi i refleksji. To przypomina mi, że najważniejsze rzeczy w naszym życiu często zaczynają się od nieoczekiwanych spotkań.
Tytuł tej wystawy brzmi „Wędrujące twarze, dziwne twarze”. Pracując nad tymi obrazami przez ostatnie dwa lata, nieustannie zadawałem sobie jednak pytanie: kim naprawdę jest obcy? Czy człowiek staje się obcy dlatego, że przekracza granice? Ponieważ mówi innym językiem? Ponieważ urodził się gdzie indziej? A może obcość zaczyna się dopiero wtedy, gdy przestajemy postrzegać siebie nawzajem jako ludzi, a zaczynamy widzieć jedynie kategorie?
Twarze, które tu widzicie, nie są wyłącznie portretami konkretnych osób. Są próbą wizualnej refleksji nad pamięcią, wysiedleniem, przynależnością i oczekiwaniem. Noszą ślady podróży, ale także ślady samego życia, a niekiedy również pamięć lasu – miejsca opresji i lęku, ale też nadziei oraz przetrwani
Z mojego doświadczenia wynika, że migracja nie jest jedynie przymusowym przemieszczeniem się z jednego miejsca do drugiego. Jest także doświadczeniem egzystencjalnym. To nieustanna konfrontacja z pytaniami o tożsamość, dom, język i pamięć. Są to pytania, które dotyczą nie tylko migrantów, lecz nas wszystkich – choć w różnym stopniu.
Jako pisarza zawsze interesowały mnie historie ukryte za twarzami.
Jako malarz starałem się uchwycić to, czego słowa – nawet w swoich najbardziej literackich czy naukowych formach – nie zawsze potrafią wyrazić.
Jako człowiek próbuję zrozumieć, dlaczego wciąż poszukujemy sensu, nawet w najbardziej kruchych, niepewnych, bolesnych i okrutnych momentach naszego życia.
Dlatego nie postrzegam tych prac jedynie jako dokumentacji migracji ani wyłącznie jako osobistych świadectw. Widzę w nich przede wszystkim zaproszenie do refleksji nad wspólnym ludzkim doświadczeniem – doświadczeniem, które sprawia, że strach, nadzieja, strata, miłość i poszukiwanie godności pozostają nam wspólne, niezależnie od miejsca pochodzenia. Jestem wdzięczny, że te prace mogą być dziś prezentowane w miejscu, które wierzy w dialog, siłę sztuki oraz znaczenie słuchania historii innych ludzi i okazywania szacunku ich doświadczeniom.
Rezydencję zorganizowaliśmy we współpracy z Joanną Sarnecką z Fundacji na Rzecz Kultury Walizka. W organizacji wernisażu wsparli nas Badacze i Badaczki na Granicy.













